Dawid – Borsuk

altKtóregoś popołudnia 13-letni Dawid wszedł na stronę dedykowaną adopcji zwierząt na odległość. Chyba ustawiano je według masy, bo na początku ewentualnych „dzieci” stał... słoń.

Borsuk był na ostatniej stronie, piękne, bardzo czyste i bardzo tajemnicze zwierzątko (kto widział borsuka w naturze?). Najwyraźniej czekał, przycupnięty w swojej norze, aż polski chłopiec, chory od urodzenia na rdzeniowy zanik mięśni, go stamtąd wydobędzie. Tamtego dnia Dawid, od kilku lat pacjent Domowego Hospicjum im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku, na mocy specjalnego certyfikatu stał się jego oficjalnym opiekunem.

Wpuszczenie do serca borsuka wiązało się z ofiarowaniem mu wszystkich najcieplejszych uczuć. Z bezwarunkową miłością i poczuciem odpowiedzialności, nawet jeśli tzw. fakty przeczyły zdrowemu rozsądkowi. To nie było trudne, gdyż borsuk pokochany został już według istniejącego wzoru. Opowieść o Dawidzie, choćby się bardzo starać, nie może mieć bowiem jednego bohatera. Zawsze dwoje. Zawsze też jego mamę. Zawsze, aż do ostatniego tchnienia. – To był ogromny zaszczyt być przy odchodzącym dziecku, które w dodatku do końca zachowało świadomość i kontrolowało sytuację– P. Sylwia kilkakrotnie w trakcie spotkania powraca do tamtych chwil. – Musiałam mu wtedy obiecać, że po jego odejściu nie będę sama.

Mały borsuk z angielskiego lasu, a może angielskiej łąki czy sadu, stał się ich osobistą metaforą miłości. Jednym słowem za wszystkie słowa świata, mówiącym, że kocham, szanuję, podziwiam, tęsknię, jestem szczęśliwy do granic, jesteś najwspanialsza, jesteś mój jedyny, chodź do mnie i przytul. Dawid i jego mama mówili więc do siebie „borsukami”, odcinając się od skomplikowanej sofistyki współczesnego życia. W istocie bowiem im jest większe uczucie, tym prościej sprawy się mają. Zasadniczy zręb ich kodeksu stanowiły dwa punkty: pełne zaufanie i absolutny szacunek do siebie nawzajem. Tak wyposażonym można stawić czoło nawet najtrudniejszym wyzwaniom. Również rozmowom o śmierci, które w pewnym momencie stały się już niemożliwe do uniknięcia. Trzeba kogoś bardzo kochać, by poruszać z nim taki temat. I trzeba mieć dla niego wielki respekt, by spełnić prośbę o nieprzedłużanie jego życia tylko dzięki aparaturze. Zwłaszcza gdy prosi o to własne dziecko, które nie chce umierać podłączone do respiratora.

Będę mamo żył do końca moich dni – mówił. Zresztą i tak Dawid znaczną część swojego 14-letniego życia przeżył wbrew lekarskim prognozom. Kiedy postawiono mu diagnozę nieuleczalnej choroby genetycznej, zakładano, że pożyje góra 3-4 lata. Żył jeszcze ponad 12, stając się dla wielu prawdziwym mistrzem, wzorem marzyciela, który swoje śmiałe plany potrafił wcielać w rzeczywistość, i autorytetem w tylu dziedzinach, że wciąż trudno uwierzyć, jak w jednym słabym ciele mogło spotkać się tak dużo zainteresowań i pasji. Z jednej strony był honorowym członkiem Wydziału Chemii Uniwersytetu Gdańskiego, wykładowcą i opiekunem Polskiej Akademii Dzieci, dzieckiem zdecydowanie ponad swój wiek dojrzałym i oczytanym, mającym przyjaciół wśród wielu znakomitości ze świata nauki. Jednak większą sławę przyniosła mu chyba strona druga – był najsłynniejszym w Polsce kibicem Lechii Gdańsk, a zarazem wielki fanem klubu Real Madryt. Fascynację nauką i miłość do piłki w niezwykły sposób potrafił ze sobą łączyć, tłumacząc na przykład zawodnikom wpływ akustyki stadionu na skuteczność ich zagrań, czy przekładając rachunek prawdopodobieństwa na realia meczu. Jego słynne zdanie: „Żeby żyć, trzeba mi dymu rac, tego dopingu, głosów z tysięcy gardeł na stadionie” urosło do rangi motta piłkarskiego środowiska, a w trakcie Euro 2012, na przekór słabnącemu ciału, do końca kibicował drużynie Hiszpanów, również podczas finałowego meczu w Kijowie.

Realizacja coraz to nowych projektów i marzeń chłopca możliwa była dzięki determinacji jego przyjaciół, ale przede wszystkim uporowi mamy. Dawid w swoim życiu nigdy nie zrobił kroku o własnych siłach, w chwili śmierci ważył zaledwie 10 kg, ale jak widać wielki duch nie potrzebuje wielkich przestrzeni, tylko dojrzałości i woli walki, a tej razem z mamą Sylwią mieli za cały szwadron.

Kiedy Dawid kończył 8 lat, Sylwia Zapisek zapisała się na kurs dla wolontariuszy medycznych przy gdańskim Hospicjum Dutkiewicza. Wówczas wydało się, że sama ma ciężko chore dziecko. Jednak otrzymawszy propozycję objęcia syna hospicyjną opieką, zareagowała bardzo gwałtownie: „ależ on nie umiera”. Dopiero w ramach praktyk wolontariackich, przychodząc wraz z nim na oddział hospicjum stacjonarnego dla dzieci, zrozumiała fenomen miejsca i pracujących w nim ludzi. Oboje z Dawidem podjęli decyzję o zostaniu podopiecznymi hospicjum domowego. Przede wszystkim bardzo liczyli, że wreszcie uda się opanować nawracające infekcje, a te, które zmogą ich mimo wszystko, będą mogli przechodzić w domu. – Będę chorować w swoich ścianach, a nie w obcych – przekonywał mamę. I rzeczywiście tak się stało – opieka lekarzy i pielęgniarek w ciągu 6 lat bytności Dawida w hospicjum wniosła w życie jego i mamy dużo większy ład i poczucie bezpieczeństwa. Z jedną z pielęgniarek – Anią – nawiązała się najpierw nić, a potem stalowa lina prawdziwej przyjaźni. Powtarzany często termin „hospicyjna rodzina” okazał się wypełniony piękną treścią.

Dawid szczególnym uczuciem darzył hospicyjną kaplicę, którą traktował jak swoją parafię z wyboru. Do niej przyjeżdżał zawsze na msze, również te w roku liturgicznym wyjątkowe, jak Triduum Paschalne czy swoje urodzinowe. Spotkania z księżmi i zaprzyjaźnionymi wolontariuszami były ważną częścią jego życia.

Sam świetnie komunikując się ze światem przez facebooka, Dawid nigdy nie pozwolił swojej mamie prowadzić bloga o jego cierpieniu, nie chciał nim ani epatować, ani roztrząsać. A że czasami było bardzo ciężko? – A czy ja mam na czole napisane „piknik”? – zapytał raz dziennikarkę. Wolał rozważania o symetrii wszechświata czy obrocie pieniędzy, tabele wygranych ukochanych klubów i rozmowy o Bogu. – Wierzę, bo Ty wierzysz – powtarzał mamie niejednokrotnie, i to było kolejne wyznanie miłości. 22 września 2012 roku Dawid pochowany został na gdańskim cmentarzu na Łostowicach – „w dymie rac” – jak sobie tego życzył.

Przekaż darowiznę online

kwota:

Fundacja Hospicyjna

Konto
72 1540 1098 2001 5562 4727 0001
KRS 0000 201 002

Zapraszamy!

Rocznik

Księgarnia